Miłakówka
-
DST
129.00km
-
Czas
06:59
-
VAVG
18.47km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Trasa:
Elblag-Pasłęk-Surowe-Warkały-Głodówka-Podągi-Dobry-Młynary-Elbląg
Wyjazd na dawną
linię kolejową Morąg-Orneta i rzekę Miłakówkę.
Asfaltem do
Pasłęka, potem wzdłuż trasy MTB do Gołąbków i Surowe, Grądki.
Dalej przejazd szlakami Kanału
Elbląskiego do Markowa. Ze Strużyny kierunek na Warkały i po pierwszym
przejeździe przez Miłakówkę kierunek na Miłakowo. Tam chwilę pozwiedzałem teren
po byłej stacji kolejowej. Następnie po szlaku kolejowym udałem się w kierunku
Głodówki.
Miłakowo - budynek dworca.
Przepust pod nasypem, niestety już zamieszkały;)
Ten sam przepust. Po stanie cegieł i zaprawy można by przypuszczać, że to nowy obiekt, a linię oddano do użytku w 1894r.
To się kiedyś budowało.
Pierwszy most na Miłakówce, widok z góry. Wbrew pozorom mosty nie łatwe do zauważenia zwłaszcza latem.

Leśne stwory.
Drugi most na Miłakówce.
Przed wyjazdem poczytałem trochę o
pozostałościach elektrowni wodnej na Miłakówce i spróbowałem odnaleźć to
miejsce. Teren zalesiony, opanowany przez wszędobylskie bobry. Po wycięciu
wszystkich krzewów i mniejszych drzewek wzięły się za konkretne drzewa. Patrząc
co one wyczyniają jakoś sympatii do tych zwierzątek nie czuję.
Wycięte drzewa
Pora na większy kaliber. 
W końcu dotarłem do pozostałości
elektrowni. Mimo fatalnego stanu konstrukcja robi wrażenie. Ciekaw jestem
dlaczego teraz nie wykonuje się takich konstrukcji. Nie jest to opłacalne czy
machina urzędnicza i te sprawy?

Pozostałości po elektrowni.
Nie starczyło czasu na główny cel
wyprawy. Po zmierzchu nie było sensu pchać się w to miejsce, ale za to będzie
powrót i kolejna wycieczka.
Dobrocin
-
DST
121.50km
-
Czas
07:03
-
VAVG
17.23km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Trasa:
Elbląg-Kwitajny- Piergozy (RIP)-Tulno-Chojnik-Kamionka-Dobrocinek-Dobrocin-Małdyty-Marzewo-Buczyniec-Jelonki-Krzewsk-Eg
Wyjazd miał być nieco inny, trochę dłuższy, skończyło się na
spacerku przyrodniczo-krajoznawczym. Drugi raz zapuściłem się w trójkąt
bermudzki pomiędzy Pasłękiem, Kwitajnami a Zielonką Pasłęcką. Jest to obszar w którym
zniknęło większość zabudowań gospodarczych i dróg poprowadzonych niegdyś
pomiędzy nimi. Dzisiaj do kolekcji mogę dopisać też znikające mosty.
Postanowiłem sobie w ramach akcji –tą drogą jeszcze nie
jechałem –odwiedzić miejscowość Piergozy, a raczej to co z niej pozostało. To
teraz już wiem, że nic nie pozostało i raczej nie warto tam się zapuszczać, ale
że by to wiedzieć trzeba było tam dotrzeć.
Pierwsza przeszkoda do zwalony most. Przedwojenni budowniczowie
tej konstrukcji zapewne nie przewidzieli tak długiego jej użytkowanie. Dopóki hulały
po nim Ursusy i zaprzęgi konne do jeszcze się trzymał. Jak się zabrali za niego
leśnicy wywożący drzewo z lasu to nie wytrzymał i pękł. Kręcą się od czasu do
czasu po naszych pięknych polach i lasach coraz częściej dochodzę do wniosku,
że mosty i drogi to jakiś burżuazyjny wynalazek. Po co to budować i utrzymywać skoro
można pojechać po polu, a na przeprawę rzeki jakiś bród tez się znajdzie.
Dopóki droga wiedzie przez las jest dobrze, leśnicy tu akurat zadbali o
nawierzchnię. Gdy tylko las się skończył ślad po drodze zniknął, bo nie używana
zupełnie zarosła. Docieram w końcu do Piergozy i to rozczarowanie. Jedyny ślad
po miejscowości to szpaler drzew, resztki fundamentów i kupy gruzu obrośnięte grubą
warstwą mchu. Ktoś bawił się w wykopaliska i zostawił dla potomnych kawałek
niemieckiego hełmu i korbę ze starego roweru. Jest cieplutko i cicho, a ja
obserwuję obudzoną przyrodę. Nieopodal z krzaków wybiegł duży dzik
zaniepokojony moja obecnością, kawałek dalej wylądowała para żurawi. Jeszcze
latają w kluczach, ale powoli rozdzielają się w poszukiwaniu swojego miejsca.
Powoli wędrując polami, błotko się lepiło do opon i butów, docieram do Kronina.
Stąd już eleganckimi drogami jadę do Chojnika i Dobrocinka. Chciałem jeszcze
odszukać Kozią Wólkę ukryta gdzieś w lesie, ale tym razem się nie udało.
Powrót asfaltem przez Małdyty z zahaczeniem o myśliwska wiatę
w okolicy Buczyńca. tamtejsze leśne drogi przez leśników rozjechane okrutnie.
Spokojny powrót do domu przez Krzewsk, zakończył dzisiejszą
wycieczkę.

Odnowiony kościół w Kwitajnach.
Nie wytrzymał. Zarwany most na rzece Sała.
Jezioro Tylne.
To po środku to droga.
Przerośnięty żywopłot. 
Gruzowisko.
Wykopki.

Para hałasujących żurawi.
Forma przestrzenna.
Po lewej polna droga.

Sarna z obstawą.
To ja już wolę po polu.
Tulno, dawny cmentarz ewangelicki.
Droga na Kamionkę.
Leśna strefa ruchu.

Po powrocie.
Śladami szwadronu „Żelaznego”
-
DST
184.00km
-
Czas
09:33
-
VAVG
19.27km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zaczęło się źle, bardzo źle.
Podczas wieczornego uzbrajania
roweru przy okazji zakładania łańcucha wyszło na jaw, że łożysko w lewym
suporcie jest zapieczone i korba ledwo się kręci. Jakby tego było mało z
bębenka dobiegały jakieś podejrzane szmery. Po rozkręceniu okazało się, że
jedna ze sprężyn trzymających zapadki jest pęknięta. Łożyska suportu też nie
dało się reanimować i tak zrezygnowany po pierwszej w nocy przygotowałem drugi
rower.
Prognozy nie przewidywały najlepszej
pogody: dżdżysto, pochmurno i wietrznie. Jakoś nic się specjalnie nie
sprawdziło. Wiaterek nie przeszkadzał, słoneczko pięknie przyświecało przez
większość dnia, a deszczyk pokropił okazyjnie podczas powrotu.
Zainspirowany wycieczką Jurka M. sprzed
trzech lat (!), w której nie dane mi było wówczas uczestniczyć postanowiłem
uczcić Dzień Żołnierzy Wyklętych odwiedzając miejsca pobytu ppor. Badochy „Żelaznego” na Powiślu.
Pierwszy postój w Waplewie Wielki
gdzie w dworku Sierakowski powstaje muzeum. Dworek pięknieje z każdym rokiem, a
w tym ma być jego oficjalne otwarcie.
Dwór w pełnej krasie.
Nieopodal Waplewa znajdują się
Tulice. Tutaj rozpoczyna się historia ostatniego epizodu z życia dowódcy szwadronu
„Łupaszki”.
Nie będę tu powielał całej
historii. Kto chce może przeczytać na przykład tu:
Dom w który stacjonowali żołnierze chwilę przed potyczką…
… i świeżutka tablica upamiętniająca to wydarzenie.
Po leśnej autostradzie, kieruję
się do Starego Targu. Tam też odnajduję ślady bytności szwadronu na budynku
posterunku MO przy ulicy 22-lipca. Ulicą gen Świerczewskiego jadę na Tropy z zamiarem
dotarcia do Zielonki. Żeby był ciekawiej wybieram podróż koleją, a właściwie jej
pozostałością, czyli nasypem linii łączącej dawniej Malbork z Morągiem.

Polskie Koleje Państwowe, w oddali widoczna Jodłówka
Przed Zielonkami odnajduję
tajemniczą kaplice w szczerym polu, niestety jej stan jest opłakany.
cytat za Marienburg.pl "Bardzo ciekawe miejsce o burzliwej i smutnej historii.
Igły przed wojną było średniej wielkości wioską o liczebności 92
mieszkańców, ze stacją kolejową, obecnie mieszka tam jedna rodzina.
Grobowiec znajduje się na szczycie wzniesienia, jest budowlą zniszczoną,
zdewastowaną, w wyniku działalności złomiarzy usunięte zostały
wszystkie elementy metalowe w wyniku czego doszło do zawalenia budowli
oraz zniszczenia stropu do krypty. Zabalsamowane ciała zostały
wywleczone z grobowca a cynowe trumny rozkradzione. Wszystko co miało
wartość w tym grobowcu zniknęło: krzyż, kraty ozdobne, posągi. Strop na
stalowych legarach do krypty zniszczony, wnętrze zagruzowane.
Wokół grobowca wg starych map powinny być groby służby, jednak wszystko jest zniszczone i zdewastowane
Dewastacje rozpoczęli pracownicy sezonowi PGR, jednak największych
zniszczeń dokonała osoba, która miała się opiekować tym miejscem,
łącznie z wycinką drzew wokół grobowca.
Przy wycince ostatniego drzewa, osoba ta zginęła przygnieciona nim - symboliczna zemsta pochowanych w tym miejscu.
"
Dojeżdżam do Zielonek gdzie
odnajduję pamiątkowa tablicę.
Potem już szybko do Czernina,
gdzie w dawnym pałacyku rodziny Donimirskich ppor. „Żelazny” poniósł śmierć trafiony
odłamkiem granatu. Tablica upamiętniająca to zdarzenie znajduje się na ścianie
pobliskiego kościoła.
Jeszcze tylko rzut oka na dom w którym
przebywał major „Łupaszko” w Zajezierzu koło Sztumu i szybciutki powrót do domu.

Feniks z popiołów na trasie do
domu.
Rondo Żołnierzy Wyklętych w Elblągu.
Cieszę się, że dane mi było samemu
odwiedzić te miejsca z dala od medialnego szumu i niepotrzebnych dyskusji. Może
za rok dla odmiany zobaczę jak wyglądają oficjalne uroczystości w Gdańsku.
Więcej fotek tutaj:Śladami szwadronu ppor. ŻELAZNEGO
Latarkowo.
-
DST
50.00km
-
Czas
02:08
-
VAVG
23.44km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiaj obrobiłam się wyjątkowo szybko i zdążyłem na Latarkową Środę. Trochę mnie chłopaki przeciągnęli, ale warto było.
Służbowo
-
DST
44.50km
-
Czas
02:07
-
VAVG
21.02km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Trafił się służbowy wyjazd z dokumentami a, że było trochę czasu to pojechałem dookoła przez Nowakowo.
Wiosenne Słobity.
-
DST
120.50km
-
Czas
07:04
-
VAVG
17.05km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Przyłączyłem się do pomysłu Marka B. i niemal punktualnie o
8:30 niewielkim, bo tylko pięcioosobowym składem ruszyliśmy na trasę.
Ścieżki częściowo znane, niektóre niedawno poznane, a
niektóre odcinki całkiem nowe. Wyjazd
mocno terenowy po leśnych duktach, których dzisiejszy stan bynajmniej nie
ułatwiał jazdy.
Po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć z bliska ruiny pałacu
w Słobitach. Pałac spotkał podobny los co inne tego typu obiekty w Prusa.
Splądrowany, rozgrabiony, spalony. 
Ruiny pałacu Słobitach.
Dalej już miło i sympatycznie łapiąc wiosenne promienie
słońca oraz coraz rzadsze błotko nimi spowodowane dotarliśmy na leśny popasik,
gdzie przygotowaliśmy pieczyste.
Rowery na trasie przybrały wiosenny kamuflaż, a wszechobecne
błoto utrudniało zmianę przełożeń.
Popasik.
Po posiłku ruszyliśmy przez Nowicę i Stare Siedlisko do
Błudowa, gdzie pożegnałem się z Ekipą i udałem się na niedzielne dokręcanie.
Koncepcji było kilka, ale w końcu dotarłem do Baranówki i odszukałem
brakującą kapliczkę do fotokolekcji. Kiedyś już tam byłe, ale to taka zapyziała
wiocha, że nie pobuszowałem tam wiele po zmierzchu, bo wszędzie chodziły jakieś
zombie. Dzisiaj też szału nie było, ale tubylców za dużo nie widziałem za to
dla odmiany było pełno ujadających kundli.
Kapliczka w Baranówce.
W drodze powrotnej miałem okazję przyjrzeć się dokładnie
nowej wiacie myśliwskiej wybudowanej z unijnych funduszy. No jednak Polska to
bogata kraj.
Unijna wiata myśliwska.
Na koniec przed Chojnowem to już mnie zupełnie odcięło i
musiałem uzupełnić niedobór kalorii i płynów w miejscu postoju na trasie
szlaków czerwonego-R64 i nowego Św. Jakuba.
Pomimo wyraźnej zwyżki mocy powrót asfaltem przez Tolkmicko
i Łęcze.
Podziękowania dla wszystkich uczestników. Jak zwykle było
genialnie.
Miejskie mulenie.
-
DST
44.50km
-
Aktywność Jazda na rowerze
Bilans tygodnia.
Pierzchały i spotkanie z bestią.
-
DST
111.00km
-
Czas
06:32
-
VAVG
16.99km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Otwierając rano oczy już wiedziałem, że na wspólną wyprawę z
ekipą nie pojadą. Jednak, ze był to jedyny plan na dzisiaj postanowiłem ruszyć
ich śladem. Po drodze kilka śladów nawet się znalazło, a po zobaczeniu odcisków
Smart Samów na piasku domyśliłem się nawet jednego uczestnika wyprawy.
Trochę inaczej niż zakładał plan postanowiłem pojechać przez
Narusa. Lekko odbijając z trasy odwiedziłem dawno nie używaną Kolej
Nadzalewową. Podobno jest jeszcze szansa na jej reanimację. Trafiłem tam na
czcinobranie, które ze względu na słabą zimę raczej się nie powiodło.
Fabryka trzciny.
Totem staropruski.
Konik smutasek.
Bezśnieżne przebiśniegi.
W czasie dotowarowanie we fromborskiej Biedronce spotkałem
znajomego który akurat w tym mieście zażywa dłuższego wypoczynku. Farciarz.
Dalej już spokojnie przez Biedkowo pojechałem do Chruściela
gdzie się trochę pokręciłem podziwiając liczne kapliczki.
Po dotarciu do kulinarnej ogniowej miejscówki uznałem, że
ekipa opuściła to miejsce już dawno lub nie paliła ognia, bo palenisko było
zupełnie zimne.
Skosztowałem trochę biedronkowych specjałów, potupałem z
prawa na lewo i postanowiłem wracać. Pora była jeszcze wczesna więc ruszyłem
jeszcze na szlak pieszy, czerwony. Akurat w tym przypadku słowo pieszy sprawdza
się znakomicie, bo rower po zrytym przez dziki dukcie trzeba było najpierw
prowadzić, potem to już kazał się nosić. Mimo to trasa warta zobaczenia,
biegnąca wznoszącym się coraz wyżej brzegiem Pasłęki daje niezapomniane
wrażenia.
Na trasie miałem spotkanie z pewnym wielkim stworem, który
właśnie zajadał na obiad jakąś sarenkę. Niestety szybko mnie zauważył i nie
chcąc pozować do zdjęć oddalił się ustronne miejsce. Na pamiątkę zostawił mi
takie coś. Jak ktoś wie do kogo to należy to proszę o edukacje w tym temacie.
Taki cwancyk.
Pierzchały
Czyje toto?
Widok z szóstego piętra.
Na szago!
Na końcu leśnej przeprawy po raz kolejny zgubiłem szlak a,
że było już po zachodzie poszedłem na szago do najbliższej drogi. Od Sopotów aż
do domu drogę umilał przyjemny wiaterek w plecy, zrobiło się nawet gorąco i
szybciutko powróciłem w domowe pielesze.
Miejskie mulenie.
-
DST
55.50km
-
Aktywność Jazda na rowerze
Bilans tygodnia z sobota w roli głównej.
Dzisiaj 73 rocznica powstania AK. Ciekawe czy ktoś jeszcze pamięta?
Trzynastką po płaskim.
-
DST
120.00km
-
Czas
08:05
-
VAVG
14.85km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Miało już nie być Żuław. Miało już nie być wiatru. No, ale
zachęcony ciekawą trasą zaproponowaną przez MarkaB, jednak uległem pokusie i
pognałem na miejsce zbiórki. Jak zwykle parę minut po czasie dotarłem na
miejsce i bez zdziwienie, że nikogo już nie ma sam ruszyłem w trasę.
Jedna myśl nie dawała mi spokoju, dlaczego na świeżym śniegu
nie ma śladów opon.Zapewne pojechali
inną trasą lub wybrali inny kierunek, co tam.
Po dotarciu do Jazowej wjazd na drogi lokalne i tu pochwała
dla drogowców wszystkie asfalty posypane, więc o żadnych poślizgach nie było
mowy.
Było to szczególnie ważne bo waliła na mnie cała masa
żuławskiego powietrza z prędkością ponad 30km/h. No to jechałem raz przechylony
w lewo, innym razem w prawo, a po wyminięciu jakiegoś budynku czy choćby
przydrożnego drzewa czuć było fajne szarpnięcie.
Od Myszewa zaczyna się trasa żuławskich średniowiecznych
kościołów więc mogłem podziwiać zabytki w Marynowach, Tui, Lubieszewie,
Ostaszewie i Niedźwiedzicy. Patrzą po przydrożnych znakach moja trasa pokryła się
przypadkiem z częścią szlaku Św. Jakuba.
Dalej to już prosty odcinek do Mikoszewa umilany centralnym
wiatrem i przechodzącymi śnieżycami przy których ten wiatr wydawał się
silniejszy. Do Stegny dotarłem przed piętnastą, czyli grubo po czasie. Widok
potężnych fal i calutkiej plaży zalewanej wodą bezcenne. Nigdy czegoś takiego
nie widziałem. Byłem pewny, że w takich warunkach kąpiel Elbląskich Morsów
została odwołana, ale jednak twardziele się nie poddali. Plotka głosi, że ponoć
część pociągnęło do Szwecji.
Jazda z powrotem to miód malina. Całkiem bez wysiłku,
popychany tym razem sprzyjającym wiatrem w niecałe półtorej godziny dotoczyłem
się do domu.
No i tak się jeździło po płaskich Żuławach.
Cisza nad Nogatem.
Marynowy. Ciekawostką tego kościoła są mennonickie kamienie nagrobne użyte do budowy jego fundamentów.

Ostaszewo ruiny. Balans bieli nie nawalił, jest tam tak zielono.

Niedźwiedzica - fragment steli.

Nadciąga złe.

Wzburzona Wisła.....

... i wiślane korale.

Stegna, w tym się dzisiaj kąpali.

Znikająca plaża.

Kuter zabezpieczony.

Elbląg po powrocie. Na rzece przybywa wody.

