Śr 11.07 LŚ_Wisła1200
-
DST
186.50km
-
Czas
08:26
-
VAVG
22.11km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pomysł kluł się w głowie od kilku dni. Niedziela zajęta, bo chrzciny. Trzeba zawieźć aparat do naprawy. No i najważniejsze dobrze by było zobaczyć chłopaków na trasie. Po uzyskaniu błogosławieństwa od ukochanej postanowiłem, że pojadę. Rano jeszcze trochę zawahania. Zapowiadają straszne burze, a ja mam trochę elektroniki do zawiezienia. No ale te prognozy przecież się nie sprawdzają.
Tak, pierwsza burza w Tczewie. Właśnie namierzyłem chłopaków na trackerze, są chwilę przede mną, więc gonię jak ostatni głupek żeby ich dopaść. Całość oczywiście grzecznie asfaltem. Gdy następny raz włączam pozycjonowanie jestem 10 km z przodu. Pech, jadę na Gdańsk.
Od Pruszcza kolejny armagedon. Jestem przemoczony na maksa, a tu ciągle leje i leje. Całe szczęście jest ciepło około 19*C i można spokojnie jechać w koszulce, chociaż powoli włącza się lekki wkurw na tą wodę.
Po załatwieniu spraw z aparatem jadę do mety maratonu. Przez chwilę nawet jestem oklaskany jako jeden z uczestników. Pierwszy raz jestem na finiszu takiej imprezy. Szału nie ma, widać każdy jedzie tylko dla siebie lub swoich najbliższych. Na media nie na co liczyć. Na szczęście udaje mi się chwilę porozmawiać z Wikim, legendą Harpagana i Ultramaratonów. Po chwili zjawia się grupa, którą wszyscy witamy po czym szybciutko się zawijam, bo czas nagli.
Udaje się spotkać Sławka i Krzysia w idealnym momencie. Na ostatnim postoju tuż przed metą w Gdańsku. Chwilę gadamy, ale nie zatrzymuję, niech jadą po medale. Zasłużyli!
Tczewski most, jeszcze na sucho.
Nadciąga złe, czyli za jakieś 40 sekund.
Komitet powitalny i Wiki na mecie.
Z uśmiechem do mety.
Fioletowe niebo. Drugi raz to widzę i ponownie przy powrocie z Gdańska.